Witajcie.
Wahałam się dosc długo czy zalozyc tego bloga czy tez nie. Jest jeszcze dosc wcześnie. A ja po prostu nie chcę zapeszyc.
Ale jednoczesnie muszę się z kimś tym podzielic. Poki co wie oczywiscie moj maz i przyjaciolka. Nikomu nic nie powiem dopoki nie poczuje wewnetrznego spokoju. Dopoki nie uwierze w szczescie i cud jaki Nas spotkal.
Na chwilę obecną mam straszne skrajne nastroje. Gdybym miała piwnicę - sama bym się w Niej zamknęła! ;-)
Udało Nam się. Nadal w to nie wierzę. Strach pomieszany ze szczęściem. Strach tylko i wyłącznie wynikający z obawy. Bardzo dlugo tego pragnęliśmy i od dawna się staraliśmy. 2-3 lata nieudanych prob. A teraz? Przeprowadzka. Zamieszanie. Dodatkowo mam nogę w gipsie.
Jest to pierwszy miesiąc w ktorym nie doszukiwalam sie zadnych objawów. Tylko czekalam na okres. Bylam zajeta przeprowadzka. Pakowaniem/rozpakowywaniem/ukladaniem co nie bylo dla mnie latwe majac zlamana noge. Poruszajac sie tylko i wylącznie o kulach.
Az tu okres nie przychodził i nie przychodził. Cykle mam dosc regularne 27-29 dni. Zrobiłam test, chociaz wiedzialam, ze wyjdzie negatywny. Mialam wszystkie 'przedokresowe' dolegliwosci. Potrzebowałam potwierdzenia, ze okres przyjdzie, zeby czasem nie pomyslec, ze sie udalo i zostaniemy rodzicami.
Po tylu rozczarowaniach i wielokrotnym smutku potrzebowałam po prostu zobaczyc 1 kreskę.
Test negatywny. By sie uspokoic i dalej robic swoje. Powaznie!
Nie wyobrazacie sobie mojej zdziwionej miny gdy czekając na 1 krechę zobaczyłam cień drugiej.
Zrobiłam tez test elektoniczny, ktory pokazal ciaze 1-2 tygodnie po zapłodnieniu. No i potem kolejny z bardziej wyrazistą drugą krechą... W przeciągu tygodnia zrobiłam 3 testy. Kazdy kolejny coraz bardziej wyrazisty. To niewiarygodne. Ale jestem w ciązy.
Przedwczoraj zaczęliśmy z fasolką 6-ty tydzień. Chociaz w głębi ducha czuję, ze to nie fasolka tylko groszek ;-)
Potrzebuję jeszcze trochę czasu by ochlonac.
By uwierzyc w ten CUD.
W ten CUD który wymodliłam.
Wahałam się dosc długo czy zalozyc tego bloga czy tez nie. Jest jeszcze dosc wcześnie. A ja po prostu nie chcę zapeszyc.
Ale jednoczesnie muszę się z kimś tym podzielic. Poki co wie oczywiscie moj maz i przyjaciolka. Nikomu nic nie powiem dopoki nie poczuje wewnetrznego spokoju. Dopoki nie uwierze w szczescie i cud jaki Nas spotkal.
Na chwilę obecną mam straszne skrajne nastroje. Gdybym miała piwnicę - sama bym się w Niej zamknęła! ;-)
Udało Nam się. Nadal w to nie wierzę. Strach pomieszany ze szczęściem. Strach tylko i wyłącznie wynikający z obawy. Bardzo dlugo tego pragnęliśmy i od dawna się staraliśmy. 2-3 lata nieudanych prob. A teraz? Przeprowadzka. Zamieszanie. Dodatkowo mam nogę w gipsie.
Jest to pierwszy miesiąc w ktorym nie doszukiwalam sie zadnych objawów. Tylko czekalam na okres. Bylam zajeta przeprowadzka. Pakowaniem/rozpakowywaniem/ukladaniem co nie bylo dla mnie latwe majac zlamana noge. Poruszajac sie tylko i wylącznie o kulach.
Az tu okres nie przychodził i nie przychodził. Cykle mam dosc regularne 27-29 dni. Zrobiłam test, chociaz wiedzialam, ze wyjdzie negatywny. Mialam wszystkie 'przedokresowe' dolegliwosci. Potrzebowałam potwierdzenia, ze okres przyjdzie, zeby czasem nie pomyslec, ze sie udalo i zostaniemy rodzicami.
Po tylu rozczarowaniach i wielokrotnym smutku potrzebowałam po prostu zobaczyc 1 kreskę.
Test negatywny. By sie uspokoic i dalej robic swoje. Powaznie!
Nie wyobrazacie sobie mojej zdziwionej miny gdy czekając na 1 krechę zobaczyłam cień drugiej.
Zrobiłam tez test elektoniczny, ktory pokazal ciaze 1-2 tygodnie po zapłodnieniu. No i potem kolejny z bardziej wyrazistą drugą krechą... W przeciągu tygodnia zrobiłam 3 testy. Kazdy kolejny coraz bardziej wyrazisty. To niewiarygodne. Ale jestem w ciązy.
Przedwczoraj zaczęliśmy z fasolką 6-ty tydzień. Chociaz w głębi ducha czuję, ze to nie fasolka tylko groszek ;-)
Potrzebuję jeszcze trochę czasu by ochlonac.
By uwierzyc w ten CUD.
W ten CUD który wymodliłam.

